12.07.2013

HUSH / SMYK (przeniesiony)

Ufffff udało się .... po kilku nerwowych dniach, w końcu udało mi się odzyskać dostęp do mojego bloga. Wirtualna wprowadziła szereg zmian związanych w blogiem, ale czy na lepsze … to się okaże. Nie wprowadzili tego, na czym np. mi by zależało – czyli możliwość dodawania odpowiedzi na komentarze. Wprawdzie w pisaniu komentarzy jesteście meeeeega oszczędne ;) ale może kiedyś, coś się zmieni i co wtedy?
Miałam pisać o Hush-u, ale teraz to już chyba nie ma większego sensu, bo nt. organizacji targów, wystawców i panującego tam chaosu mogłyśmy przeczytać na wielu innych blogach i pod większością opisów ja osobiście mogłabym się spokojnie podpisać.

W skrócie powiem tak – fajnie to tam nie było.
Dlaczemu? (jak to mówi moja młodsza córcia).
A no dlatemu, że najpierw podróż w ulewę, której wycieraczki nie nadążały zbierać z szyb, dalej awantura w samochodzie – niby rzecz normalna bo moje córki albo śmieją się do łez albo kłócą - też do łez – ale jakoż wyjątkowo nas tego dnia irytowały. Później stadion. Parking. Jedne schody, drugie schody, trzecie schody …. Matko, gdzie my jedziemy?! Dotarliśmy na miejsce, a na miejscu … tłumy. Ponieważ każdego z naszej czwórki interesowało co innego, każdy ruszył w innym kierunku i zaczęło się: daj rękę, nie odchodź, nie ruszaj, uważaj bo przewrócisz … super zabawa, nie ma co! Postanowiliśmy rozdzielić się w ten sposób, ze ja miałam przejść jeszcze raz, spokojnie, a w tym czasie reszta miała czekać na mnie w umówionym miejscu – na trybunach – a czy pisałam już ze zapomniałam ze sobą telefonu???? I „zdzwonienie się” nie wchodziło w grę? Po pewnym czasie wracam na trybuny, ale mojej rodziny tam nie. Szukałam, rozglądałam się i nagle słyszę znajomy mi … płacz. Kierując się w stronę skąd dochodziły odgłosy odnalazłam moje nieszczęśliwe dzieci i jeszcze bardziej …. hmmm… zdenerwowanego? Tak, niech będzie, że zdenerwowanego Węża, który zapowiedział naszym pociechom (szczególnie tego dnia pociesznym), że nigdzie więcej z nami nie pojadą (zawsze im tak mówi, ale jakoś jeszcze nigdy nie zostawił ich samych w domu – ciekawe dlaczego?) Sytuację uratował kącik zabaw dla maluchów, z przeuroczymi nianiami z Nanny Bell, z którego później nie dawało się ich wyciągnąć.

No i same powiedzcie, czy ja miałam prawo dobrze się tam bawić? Sama sobie odpowiem, Nie. Nie miałam.
Zdjęć też nie porobiłam, bo jak w pewnym momencie ktoś przewrócił Klarę, a ja depnęłam jej na rączkę to odechciało mi się robić zdjęć. Chciałam tylko szybko znaleźć się w domu, więc pobiegłam po upatrzone wcześniej bluzeczki kollale i tyle nas tam widzieli.























A teraz przejdę do II części dzisiejszego wpisu, czyli do „smykowej” sesji, która nie wiedzieć czemu wzbudza tyle kontrowersji.
Konkurs ogłoszony na fb, więc dostępny dla każdego posiadającego profil. Z tego co wiem, zgłoszenia liczone były w tysiącach, tak, w tysiącach. Wystarczyła naprawdę niewielka liczba głosów, żeby wejść do finału – zaledwie 30 – a później to już wszystko w rękach szacownego jury ;) I co się okazuje. Po ogłoszeniu wyników szum i lament, bo „powygrywały dzieci z agencji”, bo „to wszystko było ustawione” i „nie fair” ??????? Czytam i nie wierzę. Jakie ma znaczenie to czy jakieś dziecko jest zapisane do jakiejś agencji czy nie? Co to za różnica? Naszą agencje dopiero dziś poinformowałam o tym, ze Pola miała taką sesję. Nie rozumiem tych dziwnych komentarzy i doszukiwania się drugiego dna tam, gdzie go nie ma. Na sesji poznałyśmy dzieci, które przyjechały z całej Polski i z agencjami nie mają nic wspólnego, a nawet gdyby miały – tak jak my –to czy to dyskwalifikuje je/nas z udziału w konkursie?

To tyle z takich mniej przyjemnych bo co do samej sesji to było świetnie! Bardzo profesjonalnie, świetne ubranka – naprawdę fajna kolekcja – jak tylko pokaże się w sklepach na pewno skuszę się na kilka rzeczy dla moich dziewczynek. Bardzo chciałabym pokazać Wam zdjęcia z sesji, ale na razie nie mogę :( Wiadomo, pierwszeństwo w ich publikacji ma Smyk.
Pola jak zwykle nawiązała kilka nowych znajomości i wygłupom w studio nie było końca i gdyby nie fakt, ze czekał nas casting do pokazu na Warsaw Fashion Street z chęcią zostałybyśmy tam dłużej i poobserwowały jak pracują inne dzieci. Na koniec Pola dostała kartę podarunkową, która natychmiast rzuciła w kąt i misia, Szaraczka – tak go nazwała – z którym od wczoraj właściwie nie rozstaje się.

No tak później były casting i przymiarki do pokazu, a po przymiarkach obiecane lody i kąpiel w fontannie z castingową przyjaciółką Nikolą  Do pokazu nie możemy się już doczekać. A każda z nas z innego powodu.
Pola bo:
będzie Nikola,
będą się wygłupiać
i później pójdą na lody.
Ja bo:
jestem ciekawa nowej marki którą dziewczynki będę prezentować - Liczi
jestem ciekawa stroju Poli bo na moje pytanie w czym ona będzie szła powiedziała mi tak: w takiej ślicznej bluzce (tu nastąpił opis bluzki) i kozakach. ??? i co dalej? No już Ci powiedziałam. No a na tyłku co będziesz miała? Nic. Stąd moje ciekawość ;)
A i powiem Wam jeszcze, że uszyta przeze mnie bluzeczka, w której wczoraj paradowała Pola (czarna z okienkiem na plecach) wzbudzała bardzo duże zainteresowanie, a po informacji, ze jest to mój „wyrób” jeszcze większe uznanie :)
Miło.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz